Tekst ponizszy jest kopia artykulu zamieszczonego na stronie:
www.onet.pl - http://wiadomosci.onet.pl/1580435,2678,1,kioskart.html

Mieszkańcy Vilcabamby, miasteczka położonego w ekwadorskich Andach, dożywają sędziwego wieku w zadziwiająco dobrym zdrowiu

Choć niewątpliwie tubylcy prowadzą zdrowy tryb życia, ich długowieczność pozostaje dla lekarzy w znacznej mierze tajemnicą.

Do krainy sędziwych staruszków prowadzi asfaltowa szosa, wijąca się pośród andyjskich stoków rozłożonych na południu Ekwadoru. Czterdzieści kilometrów za Loja, stolicą prowincji, rozpościera się zielony płaskowyż zawieszony między szczytami górskimi. Na poboczu drogi, w gęstwinie krzaków, stoi kolorowy znak z nazwą Vilcabamby. Choć kolory dawno wyblakły można na nim rozpoznać kontury brodatego mężczyzny w kapeluszu panamskim. Nazywa się Miguel Carpio i zmarł w 1976 roku. Według jednej wersji miał 127 lat, a według innej 117 lat

                                                                   Fot. Getty Images/FPM




Liczby wprowadzają spory zamęt do poniższej opowieści, ponieważ jej bohaterami są ludzie dożywający niezwykle sędziwego wieku. Do miasteczka wiedzie lokalna droga, która następnie przechodzi w drogę krajową o symbolicznej nazwie Avenida de la Eterna Juventud – Aleja Wiecznej Młodości. Po lewej stronie szosy znajduje się szpital noszący nazwisko japońskiego darczyńcy, po prawej rozciąga się skromny cmentarz. Niektórzy z czterech tysięcy okolicznych mieszkańców z tak wielką determinacją unikają kontaktów z lekarzami i grabarzami, że rozsławili Vilcabambę na całym świecie.

W pobliżu centralnego skweru mieszka prawie stuletni Agustin Jaramillo. – Czasami nocą ogarnia mnie strach, że choroba przykuje mnie do łóżka – stwierdza, ale jak na razie nie narzeka na kłopoty ze zdrowiem. Z wpisu w dowodzie wynika, że Agustin urodził się 13 lipca 1913 roku, ma zatem 96 lat. Można powiedzieć, że jest smarkaczem w porównaniu z legendarnym matuzalemem Miguelem Carpio albo 109-letnim Vincente Pilco, o którym będzie jeszcze mowa w tej opowieści.

Agustin Jaramillo żyje samotnie w szopie przy Calle Agua de Hierro, czyli przy ulicy Żelaznej Wody. – Nasza woda jest wyjątkowo bogata w żelazo. Wystarczy wypić po szklaneczce rano, w południe i wieczorem, a człowiek czuje się jak nowo narodzony – śmieje się Agustin, odsłaniając białe zęby. Staruszek nie nosi okularów ani aparatu słuchowego, a gdyby nawet ich potrzebował, to nie stać go na taki wydatek. Mimo sędziwego wieku mężczyzna staje wczesnym rankiem, chodzi spać z kurami, a w ciągu dnia poluje na dziką zwierzynę. – Pracuję, aby mieć z czego żyć – odpowiada. Czasami zakłada podniszczoną marynarkę na chude ramiona i wędruje do miasteczka. Przesiaduje godzinami na ławeczce przy skwerze albo zjada coś w taniej jadłodajni, jeżeli tylko znajdzie parę dolarów w kieszeni. Często dostaje trochę pieniędzy od cudzoziemców. – Badają, dlaczego tak długo żyjemy – wyjaśnia Agustin.

Pierwsi ciekawscy pojawili się w Vilcabambie przed pięćdziesięciu laty. Wtedy do miasteczka prowadziła jeszcze wysłużona, kamienista droga. Amerykański magazyn "Reader`s Digest" napisał w 1955 roku, że w pewnej dziurze zabitej deskami żyją ludzie wolni od chorób serca, nowotworów, osteoporozy i innych plag współczesnej cywilizacji. "Oto wyspa odporności" – napisał autor artykułu o Vilcabambie.

Nieco później ekwadorski kardiolog odkrył, że w miasteczku zadziwiająco dużo osób dożywa niezwykle sędziwego wieku. Vilcabambę okrzyknięto latynoamerykańską Shangri-La (fikcyjna kraina opisana przez Jamesa Hiltona w powieści "Zaginiony horyzont". Symbolizuje mityczną utopię, miejsce żyjące swoim rytmem z dala od zgiełku świata – przyp. Onet). Do źródła wiecznej młodości zaczęły przybywać tłumy naukowców, dziennikarzy i hippisów. Asystent byłego premiera Japonii pozbył się w Vilcabambie dolegliwości układu krążenia. (...) Z kolei pewien chilijski reżyser miał kłopoty z oddychaniem, a po kuracji w miejscowym sanatorium czuje się niczym młody bóg, choć właśnie stuknął mu ósmy krzyżyk. Cóż takiego niezwykłego dzieje się w ekwadorskim miasteczku, że chorzy zdrowieją, a starzy nie chcą się zestarzeć?

Nie jest tajemnicą, że woda w rzekach przecinających dolinę – Yamburarze i Chambie – jest niezwykle bogata w związki mineralne i bez problemu nadaje się do picia. Jeszcze niedawno w Vilcabambie można było spotkać więcej osłów niż samochodów. Na łagodnych pagórkach rosną orchidee i krzewy kawy.

Miasteczko leży na wysokości 1500 metrów i w okolicy panuje specyficzny mikroklimat, a temperatury od 18 do 24 stopni Celsjusza zapewniają gorące dni i ciepłe noce. Z miejscową ludnością nie mogą konkurować mieszkańcy Alp, czy Himalajów, bo muszą zmagać się z nieporównywalnie surowszym klimatem. W Vilcabambie amerykański botanik Johnny Lovewisdom założył w latach 60. Międzynarodowy Uniwersytet Naturyzmu. W regionie niczym w Ogrodzie Edenu rosną banany, trzcina cukrowa, bulwy juki, rośliny strączkowe, owoce mango, zboże.

Miejscowi jedzą niewiele mięsa, nie używają pestycydów i nie wiedzą, co to konserwanty. – Ludzie najczęściej spożywają owoce i warzywa, które sami uprawiają – opowiada 35-letni José Miguel Castillo, dyrektor miejscowego szpitala. – Żyją bez stresu, tak wszechobecnego w naszym hiperaktywnym świecie. Poza tym okolicę rzeczywiście otacza niezwykła aura.

Przy odrobinie wyobraźni grzbiet mitycznej góry Mandango przypomina twarz Indianina. Inkowie nazwali Vilcabambę "Valle Sagrado", czyli Świętą Doliną. Niektórzy mówią, że pola są namagnetyzowane zagadkową energią. Na skraju miasteczka amerykański weteran lotów na Księżyc organizuje seminaria poświęcone energii kosmicznej i gwiazdom. Miejscowi wołają na niego: "Astronauta". Podobno z balkonu jego mieszkania można oglądać UFO. Z kolei była pracownica NASA, prowadząca w miasteczku spirytualistyczne schronisko młodzieżowe Madre Tierra, chciała zbudować lądowisko dla statków, ale niedawno się wyprowadziła.


Co poniektórzy z  wiekowych mieszkańców Vilcabamby mają spore wątpliwości, co do lądowania człowieka na Księżycu, bowiem wiadomości z wielkiego świata prawie nie docierają do uszu staruszków. Agustin Jaramillo do dzisiaj nie potrafi zrozumieć, czego człowiek szuka na Księżycu. W ogóle wiele zmieniło się na świecie, od kiedy gringos głoszą, jakoby w imię postępu wymyślili  internet, komórki, jeepy, Nestlé, Coca-Colę czy masową hodowlę brojlerów.

Tymczasem w lokalnym szpitalu lekarze coraz częściej ostrzegają pacjentów przed zgubnymi skutkami cukrzycy i nadciśnienia. – Obawiam się, że jeżeli nawet obecna generacja osiąga wiek 120 lat, to naszym dzieciom nie uda się dokonać podobnego wyczynu i dożyć w dobrym zdrowiu do 2129 roku – uważa ordynator Castillo. W dolinie stulatków żyją jeszcze matuzalemowie dźwigający na plecach dziesiąty krzyżyk. – Jest ich co najmniej dziesięciu – podlicza Victor Carpio, farmaceuta z apteki przyszpitalnej.

W wolnych chwilach Carpio towarzyszy gerontologom i reporterom w wędrówkach po okolicy i wydaje zeszyt "Zdrowa Vilcabamba", opatrzony  zdjęciami najstarszych mieszkańców i reklamami miejscowych hoteli. Przodkiem aptekarza jest legendarny Miguel Carpio, który miał umrzeć w wieku 127 lat. – Człowiek jest w stanie dożyć nawet do 140 lat – uważa Victor Carpio. Na potwierdzenie swych słów wyjmuje księgę ewidencji ludności. Listę otwiera dwóch mężczyzn i kobieta, którzy umarli między 1940 a 1963 rokiem w wieku 140 lat. Niestety, w Ekwadorze nie wydawano świadectw urodzenia, kiedy staruszkowie przyszli na świat, a narodziny i chrzest dziecka odnotowywano jedynie w kościelnych księgach metrykalnych.

Victor Carpio prowadzi nas do Lucili Victorii Guerrero, rocznik 1906. Matrona siedzi na progu chaty i wygrzewa się w promieniach słońca. W połowie lat 90. dziś 103-letnia Dona Lucila upadła podczas codziennego spaceru i złamała sobie nogę. W Vilcabambie nie ma wózków inwalidzkich, domów opieki społecznej, czy ubezpieczenia pielęgnacyjnego. – Nic mnie nie bolało do czasu tego głupiego upadku, ale nadal świetnie słyszę – opowiada kobieta i domaga się napiwku. – Kto przyjechał do nas z tak daleka, ten ma pieniądze – argumentuje. Jeszcze nie tak dawno Lucila zajmowała się szyciem poncz i hamaków, a potem wędrowała z nimi dziesięć godzin na targ do Loji. W młodości, do czasu reformy rolnej pracowała za jednego dolara na godzinę na polach właścicieli ziemskich.

Bracia Victor i Timoteo Arboleda uprawiają pole tuż obok domu pani Guerrero. Victor ma 92 lata i jeszcze umie wykrzesać w sobie siłę na wędrówki po górach. Natomiast 95-letni Timoteo stoi między snopkami pszenicy z powrósłem założonym na szyi, a obok skubie trawę chuda krowa. – Jem tylko to, co sam zasadzę, bo chemia niszczy organizm – deklaruje. Oprócz tego chętnie pije własnoręcznie pędzony bimber, pali skręty z tytoniem "Chamico" o zapachu marihuany, a w niedzielę idzie do kościoła. – Będę pracował tak długo, aż Pan Bóg uzna, że już wystarczy – mówi Victor. – Praca jeszcze nikomu nie zaszkodziła – dodaje jego brat Timoteo. – Jednak nie mam już nadziei na poprawę naszego losu. Starzy cierpią biedę i samotność.

W dostatki opływają jedynie cudzoziemcy. W miasteczku roi się od przyjezdnych, w kolorowym tłumie giną potomkowie matuzalemów. Chodzą słuchy, że do Vilcabamby przyjechał jakiś młody Amerykanin i przepuszcza wygraną w totka. (...) Podobno w miasteczku osiedlił się emerytowany magnat naftowy z Niemiec. Miłośnik długowieczności chodzi w czapce oklejonej od środka folią aluminiową, żeby uchronić się przed szkodliwym polem elektromagnetycznym emitowanym przez telefony komórkowe.

Obecność różnych dziwaków to efekt artykułu w amerykańskim magazyn "International Living", który nazwał Vilcabambę "najzdrowszą miejscowością na świecie". – W rezultacie do miasteczka napłynęły rzesze Amerykanów – opowiada Dieter Schramm. Mężczyzna pochodzi z Mohnheim w Bawarii i prowadzi pensjonat Izcayluma, zbudowany na jednym z okolicznych pagórków.

Nic zatem dziwnego, że w Vilcabambie wyrastają jak grzyby po deszczu biura developerskie, a inwestorzy biją się o grunty. Za jeden hektar trzeba zapłacić nawet 50 tys. dolarów. Burmistrz Adalbert Gaona zamierza uporządkować handel ziemią. – Kapitalizm wyciska z nas ostatnie soki, a młodzi ludzie opuszczają miasteczko z braku perspektyw – opowiada. Ricarda Bajerano, ze stowarzyszenia emerytów i rencistów złorzeczy, że okolica powoli zamienia się w "Gringolandię". Przy okazji utyskiwań prosi o wsparcie pieniężne. – Starzy są pozostawieni sami sobie, a rząd jest bezczynny – stwierdza. Wreszcie lewicowy prezydent Rafael Correa polecił budowę Centrum Badań nad Procesami Starzenia, aby zgłębić tajemnicę tego, co przykuwa uwagę Dietera Schramma: – Wielu miejscowych staruszków jest w świetnej kondycji – zaznacza.

Prawdopodobnie najstarszym mieszkańcem Vilcabamby jest Vicente Pilco. Szukamy go na przedmieściach u 80-letniej córki Luz Marii. Staruszek doczekał się 15 wnucząt, pięciorga prawnuków i trojga praprawnuków. Sąsiad mówi, że Vicente pojechał do Loji, odwiedzić krewnych. Rzeczywiście spotykamy go w stolicy regionu na osiedlu mieszkań socjalnych "Victoria". Staruszek ma na sobie białą koszulę, niebieską marynarkę, a jego twarz zdobią głębokie zmarszczki. Vicente Pilco urodził się 23 sierpnia 1900 roku, zatem skończył właśnie 109 lat. – Jestem głuchy jak pień. Może nigdy nie umrę? – krzyczy. Wnuczka opowiada, że zdaniem lekarza dziadek może dożyć nawet 120 lat.

 

 

 

Zrodlo: http://wiadomosci.onet.pl/1580435,2678,1,kioskart.html